Wyjazd nominowany do nagrody KOLOSÓW 2006 w kategorii Wyczyn Roku

00017035

Korona Gór Polski 

6. 08. 2006; Doba druga (2), Niedziela

3.30 Kamil wstaje i udaje się do jadalni w celu przygotowania śniadania dla całej ekipy (od tego dnia będzie to już normą, że będzie wstawał wcześnie, wiadomym jest bowiem, że już nawet jego wejście na Lackową stoi pod znakiem zapytania)

5.35 Wyjazd z Szymbarku, w kierunku Izb. Przejazd przez Ropę, Brunary, Śnietnicę

6.16 Wyjście na Lackową

7.04 Chłopaki na szczycie, Kasia ok. 6-8 minut za nimi. Kamil o dziwo o 7.16 jako ostatni również melduje się na wierzchołku. Pogoda całkiem dobra, słońce nieśmiało przebija się przez chmurki. Na szczycie obserwujemy rzadkie zjawisko widma Brockenu. Jarek dochodzi do połowy podejścia, mniej więcej w okolicy słynnej ściany, która okazuje się być trochę mniejszą niż to sobie wyobrażaliśmy.

8.15-8.20 Drużyna dociera do samochodu. Wszyscy mają przemoczone buty od rosy.

8.30 Wyjeżdżamy w stronę Radziejowej i Wysokiej. Kierujemy się do Suchej Doliny, początkowo ekstremalną drogą z betonowych płyt (z wystającymi drutami, Wiktor prawie płacze), dalej przez Tylicz (z małą wpadką pod kościółkiem, gdyż skierowaliśmy się na Muszynkę), Powroźnik, Muszynę, Żegiestów, Piwniczną. Podczas podróży Stefana boli brzuch, a Grzesiu jest dziwnie cichy, okazuje się że depresyjnie działa na niego miejsce za siedzeniem kierowcy, bądź pasażera z przodu, gdyż nie ma stamtąd widoków.

10.00 Docieramy do Suchej Doliny. Kamil pragnie dojechać powyżej hotelu górskiego na Suchej Dolinie, jednak Busik (na jedynce!) jak również reszta ekipy nalega by już odpuścić. Zatrzymujemy się więc tuż przed hotelem (dwa zakręty, ok. 200 m). Wybiegamy szybko po asfalcie w górę. Kamil wyprowadza wszystkich ok. 300 m, jeszcze kilka krótkich instrukcji, w końcu rozstajemy się na kilka godzin. Logistycznie akcja jest poważna. Pierwszy raz rozpoczynamy i kończymy przejście w innych miejscach. W góry wychodzi już złota czwórka, kierują się w stronę Obidzy i dalej Radziejowej. Wiktor, Kamil i Jarek zjeżdżają do Piwnicznej (tu przystanek na stacji benzynowej, olej?, ciśnienie powietrza). Kierownik wydzwania do Mszany Dolnej w celu znalezienia noclegu. Większość adresów podanych przez jego brata, Sławka, okazuje się być trefna. Wreszcie docieramy do Zabrzeża, gdzie odbija droga na Mszanę Dolną, ewentualnie jest czas aby tam pojechać i załatwić nocleg. Na szczęście nie ma takiej potrzeby, Kamil dodzwonił się na jeden z podanych kontaktów i umówił wstępnie nocleg na kwaterze. Jedziemy w kierunku Szczawnicy, Jaworek. Z niepokojem spoglądamy na Beskid Sądecki. Podobnie jak tam, wkrótce i nad nami zaczyna padać. Nie jest kolorowo...

W międzyczasie ekipa osiąga szczyt Radziejowej 11.40. Podejście jest trudniejsze jedynie w ostatniej części, już na finiszu. Szczyt wygląda koszmarnie. Stoi tam betonowy obelisk, pomnik 1000-lecia Państwa Polskiego, a całość "upiększają" fundamenty przyszłej wieży, zapewne GSM. Nie tracąc czasu szybko skubnęliśmy po batoniku i zaczęliśmy schodzić. Daleko jednak nie uszliśmy, gdyż dopadł nas deszcz. Był bardzo intensywny, więc schowaliśmy się pod drzewem, by go przeczekać. Niestety drzewem tym był świerk (liściastych drzew wokół nie było), który zbyt szczelnym parasolem nie był, sytuację pogarszał również kolor tej sikającej wodą chmury. Był to szary, potężny stratus. Po przeczekaniu najintensywniejszego opadu stwierdziliśmy, że nie warto czekać, bo z takiej chmury może padać kilka godzin, których z resztą nie mamy... Ruszyliśmy i... po dziesięciu minutach zaczęło padać mocniej tak, że po chwili byliśmy cali mokrzy. Godzina takiego opadu nie złamała jednak naszych morale. Wręcz przeciwnie. Dopadła nas pozytywna w takiej sytuacji głupawka i na wesoło szliśmy dalej. Może od tej wody było nam już wszystko jedno? Pewne jest to, że najbardziej rozluźnił się Gary i gdy tylko pokazało się słońce (na 25 minut...) stwierdził, że robi przerwę i będzie się suszył. Nie można go było w żaden sposób zmobilizować. Ten nieplanowany postój zwiększył nasze opóźnienie, które tak potem martwiło Kamila.

...Docieramy do Szczawnicy ok. godz. 13 i tutaj robimy szybkie zakupy (batoniki, kilka browarów, woda, chleb) pada deszcz, chwilowo dosyć intensywnie. Dojeżdżamy do Jaworek na ok. 13.40 i czekamy. Ok. godz. 14. wychodzimy z Wiktorem po bębniarsku, tzn. z parasolką i adidaskach w górę Wąwozu Homole. Kulturalnie wchodzimy jak najwyżej się da tzn. do miejsca gdzie dalej już tylko błocko po przejściu owiec. Powyżej nas widzimy Wysoką, ostatni tego dnia cel czwóreczki. W trakcie podejścia przestało padać, mniej więcej na godz., później mix. 30 min deszczu i 30 min. wypogodzenia. Wracamy do samochodu i zastajemy zniecierpliwionego Jarka, palącego się do uderzenia w górę na Wysoką w celu popstrykania. Okazało się, że nie było nas ponad godzinę... Niemożliwe. Potem przynudzamy w samochodzie do czasu ich powrotu, debatując o życiu...

O 16:00 wchodzimy na Wysoką (Wysokie Skałki). Trochę bezmyślnie, bo zamiast iść ścieżką wbiliśmy się po krzakach i największej stromiźnie (gdzieś ze 100 metrów deniwelacji!). Z góry dajemy znać Kamilowi, że będzie obsuwa i że nie zdążymy na 17. Jesteśmy zmęczeni dzisiejszym przejściem i ledwo człapiemy do Busa.

...Dziwne, przecież do 17 powinni się wyrobić. Mija 17, zaczynam się denerwować, dodatkowo dochodzi niepewność o długą drogę na nocleg oraz o warunki, jakie tam zastaniemy. Mija 17.30 jestem już mocno zaniepokojony, wiem dobrze, że nie zawiniemy się stąd w 3 minuty, tak jak spod Łysicy, wszyscy są z pewnością mocno przemoczeni. Czas biegnie nieubłaganie. W samochodzie przygotowany przez Kamila bufecik, czyli kanapki, soczki, woda i batoniki.

17.38 Zza horyzontu wyłania się Janek, po dwóch minutach wszyscy pojawiają się przy samochodzie. Nieciekawie to wygląda, wszyscy mocno przemoczeni i w słabych nastrojach. Kasia w wyniku założenia zbyt mocno zawiązanych butów ma obtarte i obolałe ścięgna w okolicach kostki, u Janka zaczyna się odzywać Achilles. Grzesiu zmęczony lecz nie narzeka zbytnio. Stefan jest niewzruszony. Wygląda tak, jakby miał z chwilę wyruszyć na kolejny szczyt. Wiktor po raz pierwszy sygnalizuje, że strasznie śmierdzimy...

18.00 Wyjeżdżamy na nocleg, pojawiają się głosy, żeby rozpocząć następny dzień od Turbacza, jako najtrudniejszego szczytu, przychylam się do tego, na skrzyżowaniu w Krościenko po przejechaniu mostu na Dunajcu kierujemy się zatem nie w prawo na Zabrzeż a prosto na Nowy Targ. Nocleg ogarniam na gorąco dzwoniąc w kilka miejsc. Nie mogliśmy lepiej trafić. Jedziemy na noc na Osiedle Gazdy w dzielnicy Kowaniec. Dom, do którego docieramy na 18.50 jest w idealnym miejscu, aby zacząć następny dzień.
Wieczór był gorący. Staramy się wyjaśnić kwestię, co było powodem ok. 1 godz. opóźnienia na popołudniowym przejściu. Dochodzi nawet do spięć, także elektrycznych... Grześ chcąc koniecznie wyciągnąć część swej ładowarki do akumulatorków z gniazdka zostaje porażony 220V!!! Kilka osób musi nad nim stać i odradzać mu kolejną próbę jej wyciągnięcia. Gdyby był sam to pewnie spróbował by jeszcze raz...

Poniżej oryginalne zapiski o dniu (2) written by Jan Ufnal: "Delikatny opad za Radziejową 1262 m n.p.m. spowodował skuteczne zmoczenie wszelkiego obuwia i innych części garderoby. Błoto 10. Wysoka zdobyta ostro na przełaj. I znowu deszcz. Opuszczamy lokal "gdzieś" nocować. Wóz pochłania olej w dużych ilościach, ale ciągnie równo"

Valid HTML 4.01 Transitional Valid CSS!